Wiadomości z Ostrowca Świętokrzyskiego

Powrót2006-05-02

Rafał Wójcik: Przyszłość z Ostrowcem

Wszystko podporządkowane piłce nożnej

Rafał Wójcik trafił do KSZO z krakowskiej Wisły w wieku 20 lat. Później grał w Starachowicach, Staszowie i Kielcach, by ponownie wrócić do Ostrowca Św. Z naszym miastem, gdzie znalazł szczęście rodzinne, chce związać swoją przyszłość.

Kliknij na ikonę aby powiększyć załącznik
- To już 8 lat jak zostałeś ostrowczaninem z wyboru...

-Rzeczywiście. W 1998 r. zostałem wypożyczony z Wisły Kraków do KSZO Ostrowiec. Miałem 20 lat i nie wiązałem z tym miastem swoich planów. Nie mogłem w ogóle wyczuć atmosfery, bo nie było tutaj imprez kulturalnych, a wszyscy żyli hutą. Nie to, żeby mi były potrzebna jakieś nocne imprezy (śmiech). Jak na tamte czasy nie tu było porównania z Krakowem - teraz wygląda to zupełnie inaczej, lepiej.


- Twoje plany zmieniły się. Poznałeś Ewę, a zarząd klubu zaproponował wykupienie Twojej karty?

- Po nie najlepszym początku w barwach KSZO, prezesi byli już potem ze mnie zadowoleni, bo zdecydowali się wykupić mnie z Wisły. Argumentem do tego, żeby się tutaj przenieść było to, iż spotykałem się z ostrowczanką. Ewę poznałem w zimie, na przełomie stycznia i lutego. Zauważył to prezes Strzelecki i zaproponował transfer definitywny. Duża w tym zasługa Michała Swata, ówczesnego dziennikarza "Wiadomości Świętokrzyskich", który w tym czasie trochę o mnie pisał.


- Wróćmy może do początków Twojej kariery...

- Byłem dosyć wyrośniętym dzieckiem i nauczyciel wychowania fizycznego, który był jednocześnie opiekunem trampkarzy w klubie z Żarna, namówił mnie do grania. Rok później grałem już na pozycji lewego pomocnika z numerem "8". Później grałem defensywnego pomocnika, a potem ze środka pola byłem coraz bardziej przesuwany do przodu. W siódmej klasie zacząłem grać na środku ataku. Wtedy grało się trzema napastnikami, padało dużo bramek, no i oczywiście była radość gry. Prowadził mnie cały czas trener Paweł Domański. Przyznam, że były to bardzo nowoczesne treningi, dużo było gier, mało stałych fragmentów gry, które choć bardzo potrzebne w zawodowej piłce, jednak tak bardzo nie cieszą jak tzw. gierka. Po prostu trening w formie zabawy.


- Jak trafiłeś do Krakowa?

- W wieku 15 lat wziąłem udział w turnieju organizowanym w ramach telewizyjnego programu "Piłkarska kadra czeka". Zdobyłem koronę króla strzelców, a dwie moje bramki zostały nawet pokazane w telewizji. Ja ich niestety nie widziałem, bo właśnie wtedy wracaliśmy pociągiem z rozgrywek. W Szczecinie podszedł do mnie Włodzimierz Wykurz, który był działaczem Wisły i koordynatorem grup młodzieżowych i zapytał czy nie chciałbym przejść do Wisły. Jak można było nie skorzystać z takiej propozycji? Zabiegał o mnie również Iglopol Dębica. Jednak były to już czasy, gdy fabryka sponsorująca drużynę Iglopolu upadała i nie było tam już żadnej przyszłości. Pojechałem do Krakowa na sparing, strzeliłem nawet bramkę, no i spodobałem się trenerowi juniorów Lucjanowi Frańczakowi. Transfer doszedł do skutku. To było spełnienie piłkarskich marzeń.


- Dla młodego chłopaka z małej miejscowości przejście do Krakowa było wielką sprawą?

- Dokładnie. Do tej pory różnie było z moim graniem, bo nie zawsze miałem na to czas. Miałem inne obowiązki na głowie - prace w domu, żniwa i nie zawsze tata godził się na mecze w sobotę. W końcu przekonał się, że piłka to moje życie - może po tych bramkach, które zobaczył w telewizji. W Krakowie poszedłem pod skrzydła Włodzimierza Wykurza, któremu bardzo wiele zawdzięczam, bo to właśnie on zastępował mi ojca - chodził nawet na wywiadówki. Rodzice nie byli na żadnej, a spędziłem w Krakowie cały okres licealny.


- Jak trafiłeś do drużyny seniorów?

- Po przegraniu przez Wisłę kolejnych dwóch spotkań u siebie nastąpiła wymiana trenerów i Lucjan Frańczak, który prowadził grupy młodzieżowe został pierwszym szkoleniowcem. Wziął ze sobą kilku chłopaków, w tym także mnie, żebyśmy trenowali z pierwszą ekipą, która jak na tamte czasy była całkiem mocna. Byli w niej między innymi Marzec, Matyja, Mocharski, Sarnat, Giszka, Szeliga, Kaliciak, Świerad. Była to jeszcze wtedy drużyna drugoligowa, ale po tym jak do zespołu doszedł Krzysiek Łętocha, Paweł Kozak, a trenerem został Henryk Apostel, awansowaliśmy do I ligi. Miałem w tym swój skromny udział. Zagrałem w kilku meczach w II lidze.


- A jak zadebiutowałeś?

- Zagrałem w spotkaniu z Motorem Lublin, który był wtedy beniaminkiem. Rozegrałem całą drugą połowę i miałem asystę przy bramce, a mecz wygraliśmy 4:1. Jak na 17-latka to debiut całkiem dobry.


- Już wtedy strzelałeś gole?

- Żałuję, że jak wtedy grałem II i I lidze to nie udało mi się strzelić bramki. Pozostaje maleńki niedosyt, bo później nie grało się za dużo, a organizmy juniorów były wtedy bardzo eksploatowane, a nikt tego do końca nie kontrolował. Mecz w pierwszej drużynie, w rezerwach i jeszcze w juniorach, a do tego jeszcze szkoła. Nie było lekko, a jeszcze zazwyczaj noszenie sprzętu, przecieranie szlaków na obozach, itp. padało na najmłodszego, czyli na mnie.


- Po czteroletnim pobycie w Krakowie zostałeś wypożyczony do KSZO.

- Wisłę objął wtedy Franciszek Smuda. Grałem w wielu meczach, byłem chwalony. Później nastąpiło małe trzęsienie ziemi, bo klub przejęła Telefonica. Cupiał kupił wtedy 13 w zasadzie reprezentantów Polski m.in. Czerwca, Węgrzyna, Dubickiego, Kaliciaka, a także jakiś Litwinów, Sundaya, i kilku młodych, perspektywicznych zawodników. Miałem ogromne problemy z graniem, występowałem głównie w III-ligowych rezerwach. W czerwcu dowiedziałem się, że zgłosił się trener Apostel, który wtedy objął drużynę i chciał czterech zawodników czyli mnie, Pasionka, Świerada i Sidorenko. Mieliśmy pomóc zespołowi awansować do I ligi.


- Pamiętasz swój początek w KSZO?

- Dzień przed planowanym debiutem w KSZO, podczas gierki w popularnego "dziada", zerwałem cały staw skokowy i ponad 3 tygodnie musiałem pauzować. Strasznie opornie później szedł mi powrót do jakiejkolwiek formy. Całą rundę miałem straconą, bo nawet jak mnie trener wystawiał to czułem, że to jeszcze nie było to. Jednak wypożyczony byłem na rok. Zimę dobrze przepracowałem. Jakoś udało się to wszystko poskładać i wrócić na boisko. Mimo iż na początku rundy nie dostawałem szans, to jednak wiedziałem, że w którymś momencie takową dostane, to wszystko zaskoczy i będzie dobrze. Tak też się stało.



- A później była Ewa i zostałeś w Ostrowcu Św.?

- W sumie to bardzo się cieszę, że zostałem w Ostrowcu, bo nie wiadomo jakbym został potraktowany w Wiśle. Byłem, jak wielu piłkarzy, człowiekiem Stawowego i ci zawodnicy po powrocie do klubu byli wypożyczani do innych zespołów. Natomiast w Ostrowcu Św. był dla mnie dobry okres w karierze zawodniczej, grałem w wielu spotkaniach, strzeliłem kilka bramek. Rywalizacja z Żelazowskim, Pikutą i Podlaskiem wyszła mi na dobre. Po przyjściu trenera Tochela zostałem przez niego przesunięty do linii pomocy i to na lewą pomoc, czego nie cierpiałem, a co za tym idzie i moja gra była zdecydowanie słabsza. Chciałem odejść z klubu, miałem nagraną już sprawę z Pogonią Staszów. Zgłosiła się także Korona.


- W końcu grałeś w Starachowicach w Star/KSZO II?

- Przyznam, że czułem się wtedy trochę oszukany, bo zwlekano z decyzjami do końca okresu transferowego.Tak trafiłem do Starachowic do rezerw KSZO. To był dobry czas dla mnie, bo akurat wtedy strzeliłem sporo bramek. Do tego atmosfera, ludzie, którzy tam byli - po prostu było fajnie. To paradoks, bo tam gdzie nie ma pieniędzy a jest wynik to robi się fajną atmosferę.


- Przejście do Pogoni Staszów było dla Ciebie przepustką do powrotu na drugoligowe boiska.

- Po sezonie przeszedłem na zasadzie wypożyczenia do Staszowa, gdzie były aspiracje do awansu do wyższej klasy rozgrywkowej. Ale z walki o awans odpadliśmy po meczu z Unią Tarnów. Mecz był 13 kwietnia 2001 - zapamiętałem tę datę, bo właśnie wtedy zerwałem Achillesa

i miałem 8 miesięcy przerwy. Wróciłem dopiero w 2002 roku.


- Wtedy zaczęły się problemy finansowe w KSZO. Afera ze zwolnieniami zawodników.

- Ja zrzekłem się części pieniędzy, rozwiązałem za porozumieniem stron kontrakt i mogłem spokojnie dysponować swoją kartą zawodniczą. Miałem kilka propozycji z III ligi, a że do Staszowa było najbliżej, zdecydowałem się tam wrócić.


- Dla wielu kibiców zaskoczeniem była propozycja

z Kielc, gdzie trener Wdowczyk budował drużynę na awans, gdy zapomniano już o Tobie

w KSZO.

- Do Kielc trafiłem dzięki dobrej grze w Staszowie. W lipcu 2003 roku zadzwonił do mnie trener Wdowczyk. Chcieli załatwić transfer od zaraz, ale nie chciałem być oszustem, bo ze zdrowiem nie było najlepiej. W ostatnim meczu Pogoni z Siarką Tarnobrzeg odniosłem jakąś drobną kontuzję. Trochę się przeciągała, potem doszły kolejne kontuzje - głównie z mięśniem dwugłowym. Tak więc zaproponowałem, że jeśli będą zainteresowani moją osobą to wrócimy do rozmów zimą. W zimie Korona zgłosiła się ponownie, miałem też telefon od trenera Tochela, który prowadził wtedy Zagłębie Sosnowiec. Wybrałem Kielce, a o mojej decyzji zadecydowała odległość, bo w tym czasie miałem już rodzinę - żonę i dziecko.


- Wiesz o tym, że Korona to klub nie najlepiej postrzegany w Ostrowcu Św.?

- Do Staszowa dojeżdżałem, natomiast grając w Koronie wolałem mieszkać w Kielcach, choć wbrew pozorom taka decyzja nie była łatwa, bo wiadomo jaki stosunek mają do siebie kibice Korony i KSZO. Miałem po prostu obawy, choć nie przechodziłem z KSZO do Korony, tylko ze Staszowa. Po tym jak jedna z ostrowieckich gazet napisała, że przechodzę do Korony - nie wiem, może to był przypadek - ktoś urwał mi lusterko przy samochodzie przed blokiem w Ostrowcu. Zdecydowaliśmy z żoną przeprowadzić się do Kielc tym bardziej, ze Korona zapewniała dobre warunki bytowe.


- Kontrakt z Koroną wygasał w czerwcu?

- Tak, a na początku maja zerwałem mięsień dwugłowy i wiedziałem, że czeka mnie operacja. Trener Wieczorek postawił sprawę jasno - jeśli jestem zdrowy to przedłużamy kontrakt, ale jak mam problemy ze zdrowiem, to będziemy się musieli pożegnać. Korona była jednak w stosunku do mnie jak najbardziej w porządku, bowiem pokryła koszty operacji i rehabilitacji. Poszedłem w tym czasie na zwolnienie, a klub cały czas mi płacił. Z końcem zwolnienia lekarskiego stawałem się wolnym zawodnikiem.


- W przerwie szukałeś klubu i znalazłeś w Ostrowcu Św.

- Zacząłem jeździć na testy, m.in. do Śląska Wrocław, ŁKS-u. Nic z tego nie wychodziło, bo wieści o mojej kontuzji w światku piłkarskim szybko się rozniosły. Z panem Łaskim z KSZO znaleźliśmy takie rozwiązanie, że jak będzie coś nie tak, to w grudniu się rozstaniemy, a jak będzie w porządku to przedłużymy umowę.


- No i przedłużyliście.

- Mam podpisany kontrakt na 2,5 roku z perspektywami na przyszłość, bo przecież w Ostrowcu Św. jest piękny stadion, jest dobre zaplecze. Poza tym małżonka jest stąd, więc to też w jakiś sposób zadecydowało. W mieście są stosunkowo niskie koszty utrzymania, więc jestem zadowolony. Przyznam, że już się zaprzyjaźniłem z tym miastem. Mam też blisko do rodziców, bo tylko 1,5 godzinki jazdy.


- Ciągle mówimy o piłce. Czy było coś poza nią?

- Jestem magistrem wychowania fizycznego, ale nie wiem co bym robił gdybym nie grał w piłkę. W szkole byłem dość dobrym uczniem. Właściwie każdy dzień w szkole to była dla mnie świętość. Na mecz jechałem obładowany książkami i podczas podróży autobusem wkuwałem, bo zwykle miałem trochę do nadrobienia. Zawsze miałem średnią powyżej 4. Interesuje mnie trochę historia

i prawo.


- A jak spędzasz chwile wolne od treningów?

- Mam cudownego syna, więc głownie jemu poświęcam swój czas i nim się zajmuję. Niedawno sprawiliśmy sobie komputer, więc często zdarza mi się pograć w sieci w warcaby. Wcześniej z żoną rozwiązywaliśmy sudoku. Lubię oglądać też programy informacyjne. Molem książkowym też chyba jestem, bo nawet teraz nie ma wyjazdu, na który nie brałbym jakiejś książki do czytania. W tej chwili moja ulubiona książka to "2999" Frédérica Beigbedera. Wcześniej dużo czytałem Paulo Coelho, oprócz tego Tolkiena. Teraz na topie jest Dan Brown, a jak wiadomo, to się dosłownie pochłania a nie czyta. Zanim sięgnę po książkę lubię przeczytać wcześniej recenzję, sugeruję się też czyimś zdaniem. Moim najlepszym recenzentem jest siostra Baśka, która dosłownie "pożera" książki (śmiech). Nie dość, że się uczy, to jeszcze dodatkowo bardzo dużo czyta.


- Żona z synkiem często dopingują Cię podczas meczów w Ostrowcu Św.?

- Wcześniej żona była właściwie na każdym meczu w Ostrowcu, bo zajmowała się dzieckiem. Obecnie pracuje, więc i okazji jest mniej. Małego staramy się zostawiać u teściowej, bo oglądanie

z nim meczu nie jest przyjemnością. Synek ma "mrówki w tyłku", straszny z niego żywioł. Nawet jak pytam żonę czy widziała bramkę, to mówi, że nie, bo akurat musiała spojrzeć za Szymonem.


- Czy Twój syn przejawia już zainteresowanie futbolem?

- Wielkiej smykałki do piłki jak na razie nie ma, chociaż jak byliśmy ostatnio na zakupach w sklepie sportowym to ściągnęliśmy piłkę i graliśmy w sklepie.


- Dziękuję za rozmowę.
/Jarosław Słodkiewicz/

Podziel się ze znajomymi:
Czytany: 11448 razy,
ostatnio: 2020-11-23 16:51:22
Skomentuj artykuł:
Powrót